Trzeba było się spieszyć, by sfotografować trzewia Tsukiji – wewnętrzną, hurtową część rybnego targu.
Jeszcze niedawno co chwila przechodził strażnik i wołał “no photooo…”. Turyści mogli tu wejść dopiero po 10 rano, a i wtedy sprawialiśmy wrażenie ledwo tolerowanych ciał obcych.
Wózki widłowe pędziły w różne strony. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy, żeby uciekając się im z drogi, nie wpaść pod wyładowany styropianowymi pudłami rower. Praca wciąż trwała, choć większość restauracji i sklepów odebrała już towar. Jakiś sprzedawca jeszcze wyjmuje z akwarium węgorze, mocno trzyma wijące się ciała, szybkim ruchem ucina głowy, waży i chowa do siatki. W innych miejscach już sprzątanie.
Ryby i owoce morza najróżniejszych kształtów, kolorów i stadiów przetworzenia. Żywe, martwe w lodzie, oprawione, poćwiartowane, zamarynowane, zasypane panierką. Większości gatunków nie umiem nazwać. Ślepo patrzy na mnie ogromne szkliste oko czerwonej ryby. Raz po raz resztki wnętrzności wylewają się z wiader na bruk. I pełno pudeł. Ściany, domki, piramidy styropianowych pudeł.
Ile morskiego życia trzeba wyciągnąć na ląd, żeby nasycić tę ogromną metropolię, myślę, przeciskając się już w tłumie między straganami, barami i sklepikami zewnętrznego targu.
Od kilku dni wewnętrzna część Tsukiji jest już zamknięta. W ostatnim czasie, gdy jeszcze wpuszczali zwiedzających, zniknęły zakazy fotografowania. Hurtownicy wyprowadzają się dalej od centrum miasta. Otwarcie w Toyosu w czwartek.

Leave a comment